PODRÓŻE

Barcelona- zachwyca czy nie zachwyca?

Poranny trening, śniadanie, dopakowanie i… w drogę!
Żegnając Malagę kolejna perspektywa zdawała się być równie ekscytująca. To dopiero jedna czwarta moich wakacji. Myślę o wszystkich pięknych rzeczach i miejscach, które dopiero przede mną. Droga na lotnisko, szybka, sprawna przeprawa i znów siedzę w samolocie! Lekko ponad godzina lotu. Jestem!

Hola Catalunya!
O powrocie w to miejsce marzyłam dokładnie ośmiem lat, kiedy to po raz pierwszy i do tej pory jedyny moja stopa staneła w mieście Gaudiego. Zapamiętałam jako zapierającą dech w piersi, kolorową, z zachwycającą architekturą aglomerację. Jako miejsce do życia w spokoju i śródziemnomorskim klimacie. Ile z tego zostało po drugiej wizycie? No właśnie- o tym wszystkim poniżej 😉

Już na samym początku planowania podróży zakładałam jak największą socjalizację z miejscowymi. Nie po to lecę do Hiszpanii, by nie praktykować języków oraz nie poznawać jej zakamarków od prawdziwej strony. Stąd też wybór zakwaterowania padł tym razem na wynajęcie pokoju u pary. Rodowita Wenezuelka i Anglik. Nie mogło być lepiej 😉 Mój ukochany angielski w połączeniu z hiszpańskim. To dopiero mix! Mieszkanie przy plaży, na obrzeżach miasta- wybór ciekawy i intrygujący. Pomyślałam- let’s see!

Głód nie pozwolił dojechać bezpośrednio na miejsce, zatem pierwszy (wymuszony) przystanek- Plaça d’Espanya.
Kolejny raz złota myśl- przecież nigdzie mi się nie śpieszy?!

Po morderczym wnoszeniu i znoszeniu mojego ponad trzydziesto kilogramowego bagażu w górę i w dół (niestety nie dane mi było spotkanie windy) zasiadłam i wybrałam oczywistą oczywistość dla mnie w tym kraju. Patatas Bravas y Ensalada con mariscos (sałatka z owocami morza), por favor! Y un agua, un agua también! Muchas gracias!

Oczywiście- jak Barcelona to i język nieco inny, bo tutaj to… kataloński. Różnice zauważalne. Nikt nie ma jednak problemu ze zrozumieniem i docenieniem mojego hiszpańskiego.

Tapas Bar na samym rogu Placu Hiszpanii.
Trening tego dnia uznałam za zaliczony 😉
I ja- nieco zmęczona, lecz w przeważającej części przeszczęśliwa z dotarcia w kolejne miejsce mojej mapy 😉

Najedzona i rozbawiona ciągłym przenoszeniem swoich walizek ruszam w trasę do miejsca docelowego- Badalony.
Metro, pociąg i wysiadam… pośrodku NICZEGO.

Pusto, gorąco, oczywiście o windach wiozących mój bagaż ku górze mogłam pomarzyć;)
Znam siebie i swoje dotychczasowe przygody jednak na tyle, iż nie spowodowało to zwątpienia i szeregu przekleństw. Obróciwszy sytuację w żart przysłowiowo zakasałam rękawy (zbyt gorąco na cokolwiek dłuższego niż ramiączka) i wzięłam się za wynoszenie dobytku. Następnie przeprawa przez „pustynię”. Wyobraźcie sobie schludnie, na biało ubraną kobietkę ciągnącą różowo-fioletowe walizki z dodatkową torebką na ich wierzchu, śmiejącą się z siebie pod nosem pośrodku pustkowia. To musiał być dopiero zabawny kabaret dla pojedyńczych istot żywych mijających mnie po drodze (tak, kilka takich jednostek się znalazło- głównie rowerzyści). Moja mądra głowa nie wpadła na to, by na przykład zadzwonić po taksówkę- przecież to niedaleko!! Nie przesadzajmy!!


































Kiedy jednak docieram na miejsce… jestem naprawdę pod wrażeniem. Mimo chwilowych zawirowań zaczynam cieszyć się z wyboru owej lokalizacji. Wyczuwam zapach i dźwięk morza, widzę początek zgrabnych i przyjemnych dla oka bloków. Rzeczywiście zdjęcia nie były przekłamane. Rodzina goszcząca otwarta, uśmiechnięta, pomocna…
Szybki prysznic, zmiana ubrania (poprzednie jak się zapewne się domyślacie doszczętnie przesiąknięte potem) i ruszam na rozeznanie w okolicy. Początkowym pomysłem była jazda na wieczorny spacer do centrum, jednak po dość dlugiej przeprawie nie miałam najmniejszej ochoty na ponowne pakowanie się w jakikolwiek środek transportu. Dodatkowo umówiona na kolejny dzień sesja zdjęciowa i cały, pełny dzień w Barcelonie skutecznie odwiodly mnie od wstępnego planu. I dobrze!





































Pozostałam w Badalonie i… cóż to była za rewelacyjna decyzja!
Spokojne miasteczko z tętniącym życiem rodzinnym przy plażowej promenadzie. Różnorodne nadmorskie knajpki, grupy przyjaciół i rodziny uprawiające sporty, nieziemski zachód słońca, wspaniała plaża, drobny żwirek, który uwielbiam. Bajka! Nie mogłam lepiej wymarzyć sobie odpoczynku po tak długim i intensywnym dniu. Pomimo kuszących restauracji czułam tej nocy wewnętrzną potrzebę większej ilości spokoju. Zawitałam więc do lokalnego marketu po prowiant na kolację, którą miałam zamiar spożyć w zaciszu wynajmowanej przestrzeni.
Pamiętacie historię Paelli (popularnego, hiszpańskiego dania) z poprzedniego wpisu? Jeśli nie- zachęcam do przeczytania opowieści o urokach Costa del Sol i tamtejszej kuchni dostępnego tutaj: https://livewithcarrot.com/costa-del-sol-co-jak-gdzie-czyli-podroz-w-nieznane-moim-okiem/ .
Poniżej natomiast fotografia tego co znalazłam w jednym z hiszpańskich supermarketów! Odkrywając to w Maladze jeszcze szybciej rozwiązałabym problem konsupcji tego jakże wybitnego posiłku ;))

Jak dla mnie- plaża dużo piękniejsza i czystsza niż w samej Barcelonie.
Całe zmęczenie w sekundę odpuściło. W to miejsce wszedł spokój i błogość…
Siatkówka plażowa w takich okolicznościach? Czemu nie 😉
Paella na porcje! I to bardzo dobrej jakości. Rzecz jasna- nie omieszkałam spróbować 😉
Kolacja na tarasie w doborowym towarzystwie. Łasym na dobre jedzenie prawie tak samo jak ja 😉

Kolejny dzień, kolejny poranny trening z kilkoma basenami w trakcie jeszcze bardziej stawiający na nogi, śniadanie i w drogę. Czas na Barcelonę. Prawdziwą, centralną. Zdecydowanie zaciekawiona tym, co zastanę i poznam w tym mieście ruszam miejskim pociągiem do Plaça de Catalunya, stamtąd pieszo w kierunku stacji Jaume I, gdzie czekać ma na mnie fotograf zarezerwowany na sesję przez portal Airbnb.pl . Swoją drogą- nowa formuła strony oferująca obecnie poza noclegami różnorodne atrakcje w okolicy od zorganizowanych imprez, degustacji lokalnych przysmaków przez wycieczki fotograficzne po sporty wodne jest naprawdę strzałem w przysłowiową dziesiątkę. Polecam!

Zaplanowałam nieco szybszy przyjazd, by w spokoju i bez pośpiechu przejść kilka uliczek, wypić przedpołudniowe espresso i wczuć się w klimat miasta, do którego przybyłam. Trochę obserwacji, trochę uśmiechów, dwa łyki kawy i fruniemy na zdjęcia. Mam szczęście do ludzi 😉 Z Josueą nie dość, że zrobiliśmy kawał dobrej pracy to dodatkowo podsumowaliśmy ją Tapas Barem z prawdziwego zdarzenia i kieliszeczkiem lokalnego specjału (uwierzcie lub nie, ale o tym akurat nie mialam pojęcia!). Wermut- choć historia mówi, że wywodzi się z Włoch, w niektórych doniesieniach także z Fracji to w Hiszpanii został również spopularyzowany i degustowany na potęgę. Skoro lokalne- trzeba spróbować! Szczególnie, że jak większość alkoholi początkowo podawany do celów leczniczych 😉

Kilka efektów naszej sesji i wycieczki po mieście poniżej!

I stało się! Z mojego ulubionego, czarnego americano przerzucam się na espresso 😉
Captured at Ciutat Vella, Barcelona on 19 Aug, 2021 by Josue Arteaga Photography
Captured at Ciutat Vella, Barcelona on 19 Aug, 2021 by Josue Arteaga Photography
Captured at Ciutat Vella, Barcelona on 19 Aug, 2021 by Josue Arteaga Photography
Biały wermut, piwo o którym nie mam pojęcia i kilka kropel deszczu w tle. Barcelona pokazała mi, że może być
zmienna pogodowo w dowolnym momencie.

Josua wraca do obowiązków, Paulina rusza dalej penetrować miasto. Nie obeszło się bez rozglądania za przyjemnym miejscem na drugą kawę, bo to jeden z rytuałów, które uwielbiam. Dochodzę więc do portu pod pretekstem wejścia do jednego ze sklepów w nadmorskiej galerii handlowej. Zakupów nie zrobiłam, lecz kawowe miejsce wytropiłam w mgnieniu oka. Z głośnika płynie dobra muzyka, obsługa uśmiechnięta na wejściu, taras przy wodzie z miłym dla oka wystrojem. Poproszę o stolik! Uśmiecham się szeroko z nadzieją, że przez chirurgiczną maseczkę na twarzy również jest to zauważalne. Odpoczynek, kawa, szklanka wody, trochę śmiechu. Czuję, że wszystko jest w idealnym porządku. Lubię i cenię to uczucie.

Obieram trasę- od portu w górę. W kierunku punktu kulminacyjnego. Sagrada Familia lub Park Güell. Zobaczymy dokąd starczy mi sił i energii. Przemierzam zatłoczoną do granic możliwości La Ramblę. Szczerze? Uciekam w poboczne uliczki. Nie odnajduję się w tłumie. Dopiero docierając wyżej do ulic z przeważającą ilością butików znanych projektantów zatłoczenie zdaje się maleje. Odbijam co rusz to w prawo, to w lewo, by trochę się zgubić, trochę odetchnąć, poszukać śladów Antoniego. Znajduję. Bezsprzecznie jest on w tym mieście widoczny. Bezsprzecznie także te prace to oryginalne arcydzieła i brylantowa pomysłowość twórcy.

Casa Batlló.
Casa Milà.

Wędrując dalej odczuwam pojawiającą się potrzebę spoczynku i wypicia pożywnego smoothie. Pamiętam do dziś, że to jedyne o czym marzyłam. Nic ciężkiego, przerwa od ziemniaków, ośmiornic i innych rarytasów na rzecz witaminowego koktajlu. Lecz, że nie lubię byle czego postanowiłam jeszcze chwilę poczekać i dotrzeć do punktu honorowego mojej wycieczki. Na tym etapie wiedziałam już, że Park Güell poczeka do kolejnego razu. Zaczęło robić się późno, nogi coraz bardziej krzyczały w kierunku mojej głowy „Stop!”, więc coraz bardziej skłaniałam się ku wysłuchaniu ich próśb. To tylko Sagrada i sprawdzam drogę powrotną- mówię sobie po drodze. Wiele osób ostrzegało mnie przed niebezpieczeństwami nocnej Barcelony, więc aby tym razem naprawdę nie kusić losu założyłam, że przed zmrokiem wracam do cichej i spokojnej Badalony. Podczas kłębiących się myśli w mym stale pobudzonym mózgu zaczynam dostrzegać pewien strzelisty element wyłaniający się zza drzew… jestem, widzę, dotarłam! I… to było naprawdę genialne zwieńczenie tego dnia.
Naprawdę nie spodziewałam się, że Sagrada Familia jest aż tak fantastycznym i monumentalnym tworem. Owszem, mówi się o niej wiele, widzi się wiele fotografii jednak myślę, że rzeczywiście trzeba to zobaczyć na żywo.
Miejsce na koktajl również znalazłam. I to nie byle jakie 😉 Poniżej kilka ujęć. Naprawdę polecam!

Zmierzając ku podsumowaniu… czy miałam niedosyt opuszczając miasto? Zdecydowanie nie. W dużej mierze to zasługa tłumów, które naprawdę mnie zmęczyły. Na próżno tam szukać spokoju (nie mam pojęcia skąd moje wspomnienia z Barcelony przywoływały spokojną sielankę), na próżno też spędzać w niej cały tydzień (oczywiście- moim zdaniem). To był naprawdę ciekawy dzień, jednak cieszyłam się, że w następnym czeka mnie już kolejny lot.

Badalona zdecydowanie była moim faworytem podczas tego krótkiego pobytu. Tu z przyjemnością wracałam wieczorem odpocząć, nacieszyć się katalońską plażą i klimatem regionu.

Poranek z biegiem, ostatnim hiszpańskim słońcem i ogromną radością, że już dziś wyląduję w swoich ukochanych jak do tej pory miejscach na tej planecie… ale o tym… trochę później 😉

Zdrowe jedzenie i sport to zdecydowanie coś, co kocham najbardziej.
Dodatkowo w takich okolicznościach przyrody? Lucky me!
Lecimy dalej! Tym razem… zamówiłam taksówkę 😉 😉

Jeśli jest coś, co chciałabyś/ałbyś dodatkowo wiedzieć lub po prostu podoba lub nie podoba Ci się z jakiś względów ten wpis- daj znać! W komentarzu/ wiadomości, poprzez media społecznościowe.
Jeśli natomiast interesuje Cię więcej moich przygód z podróży- zapraszam do śledzenia konta instagramowego. Znajdziesz tam dużo, dużo więcej.


Pozdrawiam i zachęcam! Do tworzenia podróży pobudzających wszystkie zmysły 😉
Paulina.

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.