PODRÓŻE

Lazurowe Wybrzeże- co skrywa w sobie Południe Francji? Część I.

Znacie pojęcie „My happy place”?
Miejsce, w którym czujecie się dobrze.
Miejsce, z którym macie związane dobre wspomnienia.
Miejsce, do którego chcecie wracać nieskończoność…

Właśnie takim miejscem jest dla mnie część Lazurowego Wybrzeża (bo JESZCZE! całego nie przemierzyłam ;))
I właśnie dlatego po tygodniu w miejscach nowych i przeze mnie nieodkrytych (Costa del Sol i Barcelona, o których możecie przeczytać w poprzednich wpisach- 1. https://livewithcarrot.com/costa-del-sol-co-jak-gdzie-czyli-podroz-w-nieznane-moim-okiem/ 2. https://livewithcarrot.com/barcelona-zachwyca-czy-nie-zachwyca/ ) postanowiłam wrócić w miejsce już całkiem dobrze mi znane, odwiedzone jeszcze „w przeddzień” pandemii i do których tęskniłam przez cały jej okres.

Majowa niedziela i planowanie mojej wyprawy to praktycznie w całości nieprzespana noc (a później kilka kolejnych z podekscytowania). Tak jak wyżej wspomniałam- w głowie zaświtała myśl o połączeniu nowości i szaleństwa z tygodniowym odpoczynkiem w poszukiwaniu pięknych plaż, zachwycających zachodów słońca oraz restauracji na długie i przepełnione smakami posiedzenia. Czy się udało? Dowiecie się poniżej, bo rzecz jasna- nie obyło się bez przygód 😉

Opuszczając Barcelonę przepełniało mnie uczucie niedowierzania, a po chwili ogromnej radości i poczucia wewnętrznego spokoju, bo oto po tygodniu nie kończę swoich wakacji- zaczynam tylko kolejny ich etap. Etap regeneracji zarówno ducha jak i ciała (w Hiszpanii tempo było za szybkie na prawdziwy odpoczynek ;)) Samolot relacji Barcelona- Nicea bez żadnych opóźnień/ problemów/ przygód dowiózł mnie na miejsce. Do serca regionu Prowansja-Alpy-Lazurowe Wybrzeże. I co ciekawe! Do tej pory Nicea sama w sobie nie robiła na mnie zbyt dużego wrażenia. Centralna jej część za każdym razem była hmm… jakby to ująć- zbyt kwadratowa? Ujęta w kolory, które zupełnie nie pociągały mych oczu. Geometryczne budynki, centralne jej części nie robiące dużego wrażenia. Tym razem nasze stosunki uległy poprawie 😉 A wszystko za sprawą wejścia w inne niż dotychczas uliczki- te, w których nie było widać tłumów. Te, w których kolorów dostarczały piękne kwiaty, a nie budynki, które tutaj zostały pozostawione w klasycznych barwach i naprawdę oddawały francuską sztukę życia. Ład, harmonię, klasę, elegancję. Oh, jak ja to lubię!

Wyglądając przez malutkie okienko samolotu rozpoznaję dotychczas ulubione miejsca i nie mogę doczekać się lądowania 😉
Widoczny z góry Półwysep Saint-Jean-Cap-Ferrat i pobliska miejscowość Villefranche-sur-Mer.

Zanim jednak pojadę w miejsce, gdzie miałam zamiar spędzić pełny tydzień i w końcu w całości wypakować walizki zostaję na noc w mieście i korzystam z uroków piątkowej nocy. W Nicei również skorzystałam z tak zwanego „Pub/Bar Crawl”, który opisywałam w wpisie dotyczącym Costa del Sol ( https://livewithcarrot.com/costa-del-sol-co-jak-gdzie-czyli-podroz-w-nieznane-moim-okiem/ ). Do późnych lub wczesnych godzin – jak kto woli ;)) bawiłam się więc na ulicach Nicei z sześćdziesiątką osób z całego świata. Przekrój narodowości, języków, charakterów, genialne rozmowy. Przeskakiwanie z języka w język (w moim przypadku angielsko-hiszpański z kapką francuskiego sprawdził się perfekcyjnie) sprawiło mi tyle radości, iż zdecydowanie mogę stwierdzić, że była to najlepsza fiesta tych wakacji 😉

Mimo niewielkiej ilości snu następnego dnia dość wcześnie mobilizuję szare komórki do działania, gdyż dla większego bezpieczeństwa i z szacunku do kraju, w którym się znajduję łączę się online na jeszcze jedną, dodatkową lekcję francuskiego (przed wyjazdem wzięłam ich kilka). I staram się nawet coś mówić! Niestety niewielki odsetek Francuzów rozumie co mam im do przekazania, ale cóż… kiedyś będzie lepiej ;))

Nicea, 20 sierpnia 2021.
Nicea, 20 sierpnia 2021.

Zaliczam więc lekcję z najlepszą nauczycielką francuskiego jaką mogłam sobie wyobrazić (dawka śmiechu zawsze w cenie;)), pakuję co mam do zapakowania, wymeldowuję z hotelu i wsiadam w pociąg. Jadę dalej! Kierunek- wschód. Następna stacja- Monako. Wysiadam w Księstwie i tylko 15 minut dzieli mnie od wynajętego lokum. Malutki problem polega jedynie na tym, że zarówno Monako jak i wiele nadmorskich miejscowości tutaj to tereny górzyste. Ulice są labiryntami góra-dół. Księstwo to również własne sieci telefoniczne i internetowe. Ten mały skrawek ziemii nie należy do Unii Europejskiej i nie obowiązują w nim euroregulacje, co sprawia, że ceny świadczonych usług naliczane są w oparciu o stawkę dla krajów spoza UE, więc włączanie danych internetowych łączy się z pokaźnym rachunkiem. Drogę mniej więcej zapamiętałam, adres zapisałam wcześniej, lecz i tak w pierwszej kolejności dla ułatwienia sprawy chciałam wsiąść w taksówkę, która miała znajdować się przy wyjściu ze stacji. Mija 5 minut, 10 minut, 15 i pomimo bezruchu czuję już spływające kropelki potu (godz. 14:00, pełne słońce, duża wilgotność powietrza), a taksówki wciąż brak… co zrobić, wykonanie telefonu z moim francuskim przyniesie wątpliwy rezultat. Mając więc ściągnietą wcześniej odpowiednią aplikację postanawiam włączyć dane, bo przecież nie może być z tym aż tak źle ;)) Ding, dong! Nim cokolwiek zdążyło się załadować (minęło około 10-20 sek.) przychodzi sms od operatora o przekroczeniu określonej kwoty rachunku i blokadzie dalszego przepływu danych dopóki nie odblokuję ich dzwoniąc do nich osobiście. Z jednej strony dobrze- uniknęłam prawdopodobnego skasowania na dużo wyższe kwoty. Z drugiej strony- problem wciąż nierozwiązany. Wciskam telefon w torebkę i w dalszym ciągu spokojnie stwierdzam, iż obecnie jedyne wyjście to… spacer i szukanie mojego mieszkania po prostu- intuicyjnie, pytając przechodniów, ponownie ciągnąc za sobą ponad trzydziesto kilogramowy bagaż. Well, well… cała ja ?? Klasycznie śmieję się z siebie pod nosem i ruszam. Wciągam toboły pod pierwsze górzysko i proszę! Zatrzymuje mnie Francuz z szerokim uśmiechem wygłaszając monolog w ojczystym języku. Jak możecie sie domyślić- nie miałam pojęcia o czym mówi, lecz nie omieszkałam skorzystać z okazji do podjęcia rozmowy.


-Pardon! Je ne comprends pas! Parlez-vous anglais?
-Non…
-Espagnol?
-Non… italien?
-Non… que pena! ;((

Z należytą grzecznością poinformowałam, iż nie zrozumiałam ani słowa z rozległego monologu i zaproponowałam inny język. Niestety- pomimo prób, nie znaleźliśmy wspólnego. Do włoskiego mi jeszcze kawałek ;))

Nie ważne co się dzieje, żyje się lepiej przyjmując większość przeszkód z uśmiechem 😉

W tym samym czasie nasze językowe zmagania zaobserwował inny tutejszy przechodzień i widząc mnie z walizkami oraz lekko zdezorientowaną miną od razu wiedział, że potrzebna będzie anglojęzyczna pomoc. W tym przypadku mimo francuskiej krwi- angielski na poziomie bardzo dobrym, wręcz rewelacyjnym! Podziękowaliśmy poprzedniemu obywatelowi za dobre chęci i zorganizowaliśmy przeprawę w kierunku miejsca docelowego, bo jak się okazało Bastien to miejscowy, który mieszka tu od urodzenia. Przez system schodów i wind doprowadził mnie niemal do celu za co byłam mu dozgonnie wdzięczna. To dla mnie kolejny przykład na nie wiarę w stereotypy. Tyle, ile nasłuchałam się na temat arogancji i zdystansowania Francuzów to moje, a żadne z owych opowieści w moim przypadku nie znalazły swojego zastosowania. Nie wiem, na ile to moje szczęście, a na ile rzeczywisty fakt, lecz moim, skromnym zdaniem Francuzi to pomocni, uśmiechnięci i sympatyczni ludzie! Choć nigdy nie generalizuję, gdyż to również wielomilionowa nacja. Jak można zakładać, że każdy jest tak samo arogancki lub tak samo pomocny jak reszta?

System publicznych wind w Monako diametralnie ułatwia życie. Raz zjedziesz wprost na plażę, raz wysiądziesz w centrum handlowym. W moim przypadku to była zwykle jedna, wielka niewiadoma ;))

Przeklinać pod nosem zaczynam dopiero na ostatniej prostej, kiedy spływa ze mnie wszystko co możliwe, a przed drzwiami brak człowieka zobligowanego do przekazania mi kluczy. Człowieka brak, kontaktu brak, odebranego telefonu lub wiadomości brak. I tak przez kolejne dwie godziny siedziałam pod drzwiami czekając na wybawienie. Z odsieczą po raz kolejny przybywa miejscowy, Franzuc z krwi i kości- Martine. Choć nigdy tego nie przeczytasz- dziękuję ? I pozostawiam kontakt na kolejną wizytę 😉 W szczegóły nie wchodzę- zrobi się zbyt długo, lecz dzięki ruszeniu kontaktami i perfekcji w porozumiewaniu się jakże wspaniałym francuskim w końcu wchodzę do mieszkania i… zaczynam oddychać z ulgą ? Dotarłam! Mogę wziąć prysznic! Tyle wystarcza, by być najszczęśliwszym człowiekiem na świecie 😉

Uwiodło mnie typowe, francuskie mieszkanie w przedwojennym jak się dowiedziałam budynku, który pierwotnie miał być… hotelem!

Miasteczko, w którym zatrzymałam się, by spędzić cały tydzień to Beausoleil (w tłumaczeniu „Piękne Słońce”- rzeczywiście takie było ;)) Umieszczone po stronie francuskiej i graniczące bezpośrednio z Księstwem Monako. Co ciekawe- schodząc schodami w kierunku Monako w pewnym momencie znajdujemy się na ulicy po której jedna część chodnika to część monakijska, druga natomiast francuska. Jak możecie się domyślić granice są zatarte i nie napotkacie żadnych specyficznych kontroli granicznych. Jedyna różnica porządkowa między jedną, a drugą stroną w te wakacje była taka, iż na terenie księstwa wymagane i sumiennie przestrzegane było noszenie maseczki ochronnej zasłaniającej usta i nos w przestrzeniach otwartych, we Francji teoretycznie wymagane, lecz przestrzegane w znacznie mniejszym stopniu. Oczywiście występuje szereg różnic pomiędzy jednym, a drugim państwem, lecz ta jest akurat najbardziej aktualna i praktyczna.

Stojąc jeszcze we Francji 😉
Klasyczny, francuski balkon przysporzył mi nie lada przyjemności chociażby umożliwiając konsumpcję, nie wspominając o widokach…

Mimo „delikatnego” zmęczenia całym dniem nie omieszkałam rzecz jasna nie skorzystać z nóg, które były jeszcze skłonne do współpracy i po odświeżeniu się pognałam czym prędzej na MAŁY spacer. Finalnie dobiegł końca po czterech/pięciu godzinach, więc przekwalifikować go mogę na spacer ŚREDNI (zdarzały i zdarzają się dłuższe ;)), lecz w końcu, po dokładnie półtorej roku wróciłam w miejsca, które tak lubię, także… czego innego mogłam się po sobie spodziewać?!

Samo Monako każdorazowo zapiera dech w piersi. To nie tylko przepych i manifestacja statusu jak przez wielu jest to miejsce odbierane, ale również piękne, czyste uliczki, idealnie przystrzyżone ogrody, dbałość o obywateli, rewelacyjne rozwiązania inżynierskie…. luksus jest oczywiście rewelacyjny i nigdy fałszywie nie twierdzę inaczej, ale to, co jesteś w stanie zobaczyć, dotknąć, poczuć, skosztować poza motoryzacyjnymi perełkami, fantastycznymi apartamentami i portem pełnym różnorakich jachtów to również elementy, które warto dostrzegać. Plaża Larvotto, Dzielnica/Osiedle Fontvieille, Ogród egzotyczny (Jardin exotique de Monaco), Ogrody Święgego Marcina (Jardins de Saint-Martin)- fantastyczne miejsce nad samym morzem. Przechodząc pomiędzy bujną roślinnością docierasz do miejsc, gdzie na wprost Ciebie rozpościera się wielka, niebieska plama oświetlona najczęściej ciepłymi promieniami słońca i przynosząca Twym uszom szum i dźwięk uderzających o skały fal. Nie muszę pisać jak błogiego uczucia jesteś w stanie doświadczyć stojąc na takiej wysokości, wpatrując i przysłuchując się tym widokom. (Oczywiście pod warunkiem nie posiadania lęku wysokości- wtedy sprawa może być trochę bardziej skomplikowana, lecz również do zrównoważenia ;)) Po prostu nie podchodzisz tak blisko.)

Port Hercule, Monaco.
Port de Fontvieille, Monaco.
Osiedle Fontvieille z piękną pełnią księżyca w tle.

Na Plażę Larvotto (i nie tylko!) zabieram Was już kolejnego dnia, by zaznać dobrego, niedzielnego śniadania, błogiego spokoju i skalnych wędrówek brzegiem morza, a tych wędrówek było… od groma! Średni dystans dzienny przez cały tydzień to 20km pieszo pamiętając przy tym, że z dodatkiem nieustannego wchodzenia i schodzenia po schodach czy górkach. Moje łydki po tym wyjeździe- ze stali! Jeszcze bardziej ;)) Proponuję spacer w kierunku granicy włoskiej- kolejna miejscowość po opuszczeniu Księstwa to Roquebrune-Cap-Martin. Choć Monako jest wspaniałe i ma wiele do zaoferowania- akurat plaże, których jest niewiele nie równają się tym z pobliskich miasteczek. Jest jeden wyjątek! Pojawi się w cz.II 😉 Fantastyczna, ukryta, ale i niebezpieczna… niewielu turystów do niej dociera, bo po prostu nie ma pojęcia o jej istnieniu 😉

Roqebrune to natomiast urokliwe miejsce z posiadłościami na skałach, szeroką plażą i absolutnie nierozwiniętą infrastrukturą turystyczną. Takie miejsce, by się skryć i odpocząć od tłumów ;)) Schodzę schodkami w dół, rozkładam ręcznik, zakładam słuchawki na uszy i znikam…

Roquebrune-Cap-Martin widziane od strony Menton i granicy włoskiej.
Zdjęcie nie wymaga komentarza- wyraz twarzy mówi sam za siebie ;))
Stacja pociągowa- kiedy opadniecie z sił zawsze może wyręczyć Was świetnie funkcjonująca kolej.

Co działo się później? Jakie niespodzianki czekały na mnie w kolejnych dniach? Co znalazło się na kulinarnej mapie francusko-monakijskiego tygodnia? To i jeszcze więcej w części drugiej tej opowieści… ukryte plaże, sporty wodne i dawka humoru już niebawem!

Tymczasem… jeśli podoba Ci się to, co tu czytasz- zostaw po sobie ślad 😉 To motywuje i pozwala tworzyć więcej. Komentarz, udostępnienie to coś co pozwala innym również zobaczyć te treści. Kto wie, komu się przydadzą?

Słoneczną energię ślę i do zobaczenia!

Paulina the Carrot 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.