PODRÓŻE

Madryt- miasto na weekend. Czy to dobry pomysł?

Znasz termin „City break”? A może nawet z tej formy wyjazdu koszytasz? Regularnie, sporadycznie?

Tak się składa, że osobiście już kilka lat temu obiecałam sobie mini urlopy w tej formie poza granicami Polski najczęściej jak to możliwe. Zaczęło stopniowo wychodzić. Jeden, drugi. Apetyt rósł, pojawiały się kolejne, możliwe do zrealizowania pomysły… aż tu nagle… BUM! Zakładam, że wiesz co kryje się pod owym „BUM” 😉 I nie było to prawdopodbnie dla nikogo z nas nic szczególnie przyjemnego. Pandemiczny rok 2020/21 wykluczył mnie jak i wiele innych osób z zagranicznych wojaży na dość długi czas, ale… kurczowo trzymam się założenia, iż z każdej sytuacji można wyciągnąć coś dobrego… więc i z tą tak było 😉

Nie mniej jednak! Nie przedłużając słów wstępu- od czerwca tego roku nie zawahałam się użyć wszelkich możliwości do wyruszenia w świat. Po pięknych wakacjach nadeszła pora na weekendowe ładowania baterii i tak na pierwszy ogień wskoczyła… stolica Hiszpanii! Historia może o tyle zabawna, że na Madryt zdecydowałam się tylko i wyłącznie przez ludzi, których poznałam podczas moich genialnych, samotnych wakacji w… Maladze 😉 Więcej na jej temat przeczytasz tutaj: https://livewithcarrot.com/costa-del-sol-co-jak-gdzie-czyli-podroz-w-nieznane-moim-okiem/ .

Korespondując z jednym z nowych znajomych informując, iż już (trzy dni po powrocie z wyprawy) rozglądam się za kolejnymi biletami dostałam jednoznaczną wiadomość zwrotną- „Come to Madrid!”. Oczywiście nie zastanawiałam się zbyt długo 😉 Już kolejnego dnia miałam na swoim koncie zakupione dwa bilety na październikowo-listopadowy weekend 😉

Ja kiedy pojawia się okazja na kolejny wyjazd, a w ręce już spakowana walizka- przynajmniej w mojej głowie ;))

Rezerwując podróż wiedziałam, że będzie to halloweenowy weekend i zapewne obchodzą go w tym mieście hucznie. Nie myliłam się, lecz… o tym później 😉 Czas do wyjazdu jak zwykle minął szybko. Ani się obejrzałam a zbliżał się koniec października. Dopięcie obowiązków zawodowych, wszystkie treningi moich podopiecznych wykonane do ostatnich minut, szybka przebiórka i jadę! Na lotnisko. W popłochu przelatuję przez strefę bezcłową w poszukiwaniu kilku dodatkowych suwenirów dla goszczących mnie Meksykanów, Peruwiańczyka i Francuza. Ja zawsze trafię na mieszankę kulturową 😉 I bardzo to lubię! Obserwując inne nacje możemy: wiele się nauczyć, wiele zaobserwować, wiele wniosków do swojego życia wyciągnąć. Zalana potem i śmiechem dobiegam do już otwartej bramki i ładuję siebie wraz z tobołkami do samolotu. Lecę!

Jedno z ulubionych, za każdym razem podobnie odczuwanych momentów w podróży- bycie w chmurach. W drodze „do” lub „z”.

Przywitała mnie ulewa i to taka… z prawdziwego zdarzenia (widziałam prognozy, więc nie była dużym zaskoczeniem) w związku z którą pierwszy wieczór spędziliśmy w domu wyglądając co i rusz na deszczową ulicę Madrytu, popijając kieliszeczek hiszpańskiej cavy- nie mogło być inaczej i grając w przeróżne, pochłaniające umysłowo gry. Począwszy od Jengi po karciane starcia. Jedno było pewne- człowiek od razu czuł się dobrze!

Dzień dobry Madryt! Ze słonecznej Warszawy do… ulewnej stolicy Hiszpanii. Czy wszystko w porządku??

Mieszkając z Meksykanką i Meksykaninem nie mogło obyć się bez obchodów meksykańskiego święta zmarłych zwanego „Dia de Los Muertos”. Już w sobotę wybraliśmy się na mały, rodzinny festiwal gdzie fenomenalnie poprzebierane dzieci tańczyły do muzyki serwowanej przez Mariachi– wykonawców ichniejszej muzyki ludowej. Kto wie cokolwiek na temat Meksyku z pewnością kojarzy charakterystyczne stroje, instrumenty i muzykę wykonywaną przez takie grupy. Prawdziwy Meksyk! Na festiwalu można było również dostać tradycyjne przekąski, kieliszek słynnej tequilli oraz rękodzieła związane własnie z tym dniem. Kolorowe czaszki, biżuteria i postać Catriny– damy, która została spersonifikowana pod postacią szkieletu kobiety w eleganckiej sukni i kapeluszu z piórami. Na jedzenie jednak ruszamy dalej. Pozostając w klimacie zaserwowano mi rewelacyjną, meksykańską restaurację z zatrzęsieniem kolorów i smaków. Tacosy, Guacamole i Quesadilla z czerwoną fasolą i serem wysyciły moje zmysły i żołądek na kolejne kilka godzin tak, że jedyne co później skonsumowałam to zielony koktajl witaminiowy w drodze ze spaceru po centralnej części stolicy.

Polecam szukanie takich perełek. Meksykanie to naprawdę spora mniejszość narodowa w Madrycie.
Rekodzieło sprzedawane także na opisywanym wyżej festiwalu.

Co jest pewne i naoczne? Relacje międzyludzkie to znów ogromna część otaczającej kultury. Czy to Hiszpanów czy Latynosów łączy dokładnie to samo. Celebracja czasu z przyjaciółmi i rodziną. Zabawa do rana. Wspólne posiłki. Troska. Pomoc. Ciepło. Otwartość na drugiego człowieka. Przyznam, że nie wiem czy osobiście byłabym w stanie co weekend tańczyć i bawić się całymi nocami, lecz miło poobserwować owe zwyczaje i dołączyć do nich podczas jednego z takich weekendów. Tym bardziej, że jak wielokrotnie podkreślali- trafiłam na najlepszy weekend w roku. Piątek- przywitanie. Sobota- urodziny! Jednej z przyjaciółek tej ogromnej grupy przyjaciół. Przyjęli mnie jak swoją i było to naprawdę miłe. Niedziela- impreza halloweenowa. W poniedziałek 1 listopada Hiszpania również obchodziła święto w związku z czym nie muszę nawet pisać co działo się w mieście w niedzielny wieczór 😉

„Gracias Padre”- restauracja, którą polecam! Jeśli lubisz zatrzęsienie kolorów i po raz kolejny- prawdziwy Meksyk 😉
Zgadniesz za kogo się przebrałam? ;))

Co zobaczyć w Madrycie? Z pewnością słynny Park Retiro kryjący perełki nie tylko botaniczne, ale również architektoniczne. Gdyby nie ciągły deszcz, byłoby to z pewnością przyjemniejsze, ale nawet z nim spacer zaliczony 😉
I… nawet na chwilę otrzymałam słoneczny przebłysk! To dopiero radość. Muzeum Prado było czymś na co czekałam i… zawiodłam się 🙁 Lecz… nie, nie zawartością czy konstrukcją. Jedynie tym, że z racji pandemii bilety dostępne są jedynie online z uwaga- 24 godzinnym wyprzedzeniem!! Więc… opcja zarezerwowania w niedzielny poranek na niedzielne popołudnie była niemożliwa. Weźcie to pod uwagę planując podróż. Ja nie mogłam zarezerwować już kolejnego dnia z racji powrotu do domu. Warto sprawdzić obowiązujące zasady jeszcze przed przyjazdem. W moim przypadku jak to mówią- „next time” 😉 A z pewnoscią taki następny raz się wydarzy, gdyż… to miasto jest naprawdę fenomenalne! Nie spodziewałam się, że zachwyci mnie do takiego stopnia i przede wszystkim- że Barcelona stawiana na miejscu pierwszym odejdzie w niepamięć!


O tegorocznej historii w tym mieście możesz przeczytać tutaj: https://livewithcarrot.com/barcelona-zachwyca-czy-nie-zachwyca/ 😉

Jedna z perełek Parku Retiro- Palacio de Cristal.

Warto zagubić się w uliczkach, skorzystać z ogromnego wachlarza usług gastronomicznych, zobaczyć gwar i ruch, ale taki wyważony. Pozytywny. Budujący. Zielone i zadbane ulice. To coś, co również urzekło. Nie trzeba być w centrum, by zachwycać mogły uliczki. Poza centralną częścią wyglądają również pięknie. Ich ułożenie, architektura, wystrój… tak właśnie w mój ulubiony sposób zwiedziłam to miasto- chodząc, gubiąc się, obserwując, jedząc, wchodząc w interakcję z miejscowymi. I tenże sposób rekomenduję całym sercem! Bez pośpiechu, bez presji, bez słowa „muszę”. Wtedy z wyjazdu wraca się lepiej… może z lekkim niedosytem, lecz zawsze jest on przyjemniejszy niż zmęczenie narzuconą gonitwą 😉

I choć opornie- przebijało się! Co? Zaginione słońce 😉
Na mojej drodze nie może zabraknąć zdrowego smoothie z dobrym widokiem 🙂

To teraz pytanie do Ciebie, Drogi Czytelnikujakie miasto na weekend polecasz ? 😉
Może masz w zanadrzu coś interesującego?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.